Maroko 2017b część 5 - koniec etapu Sahara Zachodnia

Cześć Czytacze i Podglądacze w Pierwszy Dzień Świąt Bożego Narodzenia,




Na wstępie, Zdrowych i Spokojnych Świąt Wam życzę w tej marokańskiej, a w zasadzie saharyjskiej ziemi. Wczoraj udało mi się dojechać do zachodnio - saharyjskiego etapu mojej podróży po marokańskiej ziemi. Dotarłem do Dakhli. Dalej jest tylko morze. Mógłbym co prawda ruszyć stronę Mauretanii, ale tę część zostawię sobie na inny czas. Dość Niczego.








Dakhla to Mekka wszelkiej maści surferów, tych z latawcami i tych z żaglami. Są tu świetne wiatry i zawsze dobra pogoda. Ale dla mnie to nie surfing, a chęć bycia ze sobą, mnie tu przygnały. Wyznaczony cel został osiągnięty po ponad 2 tygodniach i w Boże Narodzenie znalazłem się w miejscu, gdzie śladu tych świąt nie ma, choć jest katolicka świątynia wybudowana przez Hiszpanów i zarządzana przez księży misjonarzy ze zgromadzenia ojców Oblatów. Ale i w środku nie widziałem żadnej informacji o Świętach. Przejechałem 1250 km na południe od Agadiru. Przejechałem głównie sam ze sobą. Łatwo nie było. Zwłaszcza, że akurat te Święta zawsze były dla mnie Świętami Rodzinnymi. Kiedyś, w 2004 roku, wyjechałem w nie na Nową Zelandię. Niby daleko, a bliżej niż teraz. Może dlatego, że byłem wtedy w innym miejscu swojego życia. Czy lepszym? nie wiem, ale z pewnością w innym niż jestem teraz. Przede mną jeszcze ok. 3 tyg włóczęgi po Maroku. Patrzę na mapę i szukam celu, bo cel jest w życiu ważny. Bez niego, życie traci sens, więc trzeba ten cel szybko znaleźć i tym samym znaleźć siebie.







Jak wyglądała droga do Dakhli? Wiodła przez wielkie NIC. Czyli coś, co po jednej stronie było wielką balią słonej i zimnej wody, a z drugiej, wielką piaskownicą poprzecinaną wąwozami suchych rzek, pagórkami, czasami resztkami nowych lub starych budynków, wieloma posterunkami policji i olbrzymią ilością tirów i autobusów. I o ile kierowcy tirów jeździli całkiem poprawnie w oczach rowerzysty, tak kierowców autobusów, gdybym miał taką żołędziówkę, jak miał Rumcajs z Jiczyna, wystrzelał bym tymi żołędziami wszystkich, bez wyjątku. A w szczególności kierowców autobusów CTM (państwowego marokańskiego przewoźnika). Najgorsze były spotkania z jadącymi z dużą prędkością z naprzeciwka. Wiatr w mordu, a ci jeszcze dokładali 80 km/h falą powietrzną. Dobrze, że mam na tyle skoordynowane ruchy i doświadczenie w takich spotkaniach, że dawałem radę. Było kilka sytuacji, gdzie byłbym albo wypadł na pobocze, albo na przeciwny pas. Ale jakoś się udało i jestem cały i zdrowy. A teraz w tle leci nawoływanie muazina do modlitwy (Allah Akbar ...).








Całe wybrzeże saharyjskiego Atlantyku jest w zasadzie dość gęsto zamieszkałe. Mieszkają tam rybacy. Jedni w domkach i "ogródkiem" i psami, a inni w wioskach wypowy na te okoliczności przyrody, czyli wielkich polach namiotowych. Z namiotami typu z czego się da, to są. Czasami są to namioty typu nasze dawne harcerskie plandeki, a czasami z folii, worków, kartonów i czego tam jeszcze. Nie jest to ani szczyt marzeń ani szczyt techniki. Z naszej perspektywy, to szczyt biedy. I pewnie tak jest. Ale, że nie znam szczegółów, wiec wypowiadać się nie będę.







Wiem, że obok tych wiosek, zazwyczaj są przetwórnie, lub coś na ich kształt, ryb lub innych morskich smakołyków. Pomimo tej, wydawać by się mogło, biedy, ludzie są uśmiechnięci i uśmiechają się do Ciebie. Wystarczy, że ich pozdrowisz, popatrzysz w ich stronę, pomachasz ręką. Tak niewiele potrzeba, aby być pogodnym. A u nas co? Nas zabija smutek, zazdrość, szarość, wieczne narzekanie na wszystko i wszystkich. Może jest to kwestia klimatu, ale chyba nie. To zależy od ludzi, od ich patrzenia w przyszłość, od tego, czy chcemy mieć czy chcemy być. Ja kiedyś chciałem mieć, teraz, dzięki mojej własnej rewolucji, chcę być. i Tego życzę wszystkim moim Czytaczom i Podglądaczom, a w szczególności kilku moim znajomym.
Szczególne życzenia na Nowej Drodze Życia (podobnej nieco do mojej), składam mojej dawnej znajomej ze studiów, która wiem, że jest Czytaczem. Laska, trzym się, powtarzaj: BĘDZIE DOBRZE. Jak odpowiednio zakoduje się najdoskonalszy komputer, jakim jest nasz mózg, to tak będzie. Tak kiedyś mi przykazał ojciec mojej bardzo dobrej koleżanki, sąsiadki, - lekarz psychiatra. I to się sprawdza!