Maroko 2017b część 8

Powitać Moich Czytaczy i Podglądaczy,

Marzuga i Wielka Piaskownica z Wielkimi Babkami na szczęście już za mną. Miejsce mega turystyczne i mało przyjazne, jak każde miejsce, gdzie turyści są w przewadze nad miejscowymi. To jest tak samo, jak byście pojechali nad nasze polskie morze i próbowali przejść się np. w Sopocie po Monciaku. Miliardy ludzi i jeszcze więcej knajp.


Ale tak zawsze jest w miejscach, gdzie sa jakieś atrakcje turystyczne. Wyjątkiem jest moje rodzinne miasto Przemyśl. Tu pomimo wielu atrakcji, jest pusto. Chociaż niektórzy powiedzą, że turystów jest całkiem sporo.

Ciekawa też przygoda mnie spotkała w samym hotelu z Marzudze.

Miejsce rezerwowałem przez booking.com i za niewielkie stosunkowo pieniądze znalazłem całkiem niezłe miejsce. Goniłem na zbity pysk, bo jak już znalazłem miejscówkę, to chciałem tam dotrzeć przed późną nocą. Rzadko jeżdżę po zmierzchu, a tym bardziej nocą, ale tu w Maroku, nie mam żadnych obaw o swoje bezpieczeństwo na drodze.

Więc gnałem co sił w kopytach, żeby o przyzwoitej porze wylądować w łóżeczku, zdążyć się wykąpać w ciepłej wodzie i usnąć snem sprawiedliwego. Przejechałem 111 km i dotarłem na miejsce. Ulokowali mnie w niewielki pokoiku, ale bez ciepłej wody. Wiec delikatnie zasugerowałem, że zarezerwowałem pokój z ciepłą wodą. Na co pan z obsługi stwierdził, że naprawią Inasz Allah. No tom sie nieco już wkurzył. Bardziej dosadnie powiedziałem, że nie ma możliwości, że będę sie mył w zimnej, skoro zapłaciłem za pokój z ciepłą wodą. Pan był zawiedziony mają stanowczością i uporem. Poprosił do pomocy szefa. Ten także miał chyba bardzo zły dzień i był najzwyczajniej w świecie niemiły. Zdarzyło mi się to pierwszy raz tu w Maroku. Ale ok. W sumie każdy może mieć gorszy dzień. A, że trafiło akurat na to, że i ja byłem wyjebany do cna, więc odpaliłem rakiety i zacząłem najzwyczajniej w świecie się wykłócać o swoje. Robiłem to z uśmiecham na ustach, co nie było w smak panu z obsługi. NIe miał wyboru i przełżył mnie do pokoju z ciepłą wodą i wiekszego z widokiem na wydmy. Ale za "karę" stanowczo poprosił, abym rower zostawił na parkingu a nie w pokoju. To taka jego malutka zemsta. Ok. Nie kłóciłem się. Przyczepiłem rowerek do ogrodzenia, włączyłem alarm i poszedłem grzecznie się wykąpać.




Wychodząc "na miasto", poprosiłem jeszcze o hasło do wifi (to też było w pakiecie w booking.com). Na co pan z obsługi, ze złośliwą miną stwierdził, że nie zna angielskiego i nie rozumie o co mi chodzi. Następna jego mała zemsta. Ale co tam, każdy może mieć zły dzień pomyślałem znowu.

Następnego dnia, poszedłem na zachód Słoneczka na wydmy, które widziałem z okna dużego i przestronnego pokoju. Po powrocie, pan był niezmiernie miły i przepraszał mnie za wczorajszy dzień i swoje zachowanie. Zapraszał na następny dzień na darmowy przejazd z jego wujkiem na wschód Słońca na wielbłądach, postawił wspaniałą kolację gratisowo a na następny dzień zaserwował jeszcze smaczniejsze śniadania. A za każdym razem, mnie bardzo przepraszał za swoje wcześniejsze zachowanie. Ja z kolei nie byłem na niego wkurzony, nawet zły nie byłem. Wytłumaczyłem sobie, że każdy może mieć zły dzień. Mogło mu coś nie pójść w domu, pracy, cokolwiek. Każdy jest tylko człowiekiem. Owszem, pracuje z turystami i nie powinien nikogo źle traktować. Ale, cóż zdarzyło się. Grzecznie się rozstaliśmy. Podziękowałem za pyszne śniadania, kolacje, a na "do widzenia" powiedziałem mu, że każdy jest tylko człowiekiem i może mieć zły dzień i że się na niego bynajmniej nie gniewam. Co zresztą później potwierdziłem, wystawiając pozytywny komentarz. Wniosek z tego jest taki, że nie należy się wkurzać na innych i warto być dla nich uprzejmy i się najzwyczajniej po prostu uśmiechać. Uśmiech powoduje to, że człowiek nim obdarzony wcześniej czy później go odda. To czy tobie, niekoniecznie, ale gdzieś kiedyś, komuś z pewnością.

Po Wyjeździe z Merzugi pogoniłem w kierunku Zagory.  Jakieś w sumie 300 km. Rozłożyłem sobie podróż na 5 dni. Tak, żeby się nigdzie nie śpieszyć.

Tereny wspaniałe, jechałem dolinami pomiędzy górami Antyatlasu. Kocham takie właśnie pejzaże. Nie, że równiny nie przerażają, ale góry to jest to, co do zawsze uwielbiałem. Nigdy nie jest tak samo. Za każdym razem, za każdym zakrętem, za każdą górką, wzniosem, przełączą jest coś nowego, coś nieznanego, coś, co każe ci jechać dalej. Bo tam, za kolejną przełęczą, górką, zakrętem, jest nowy, inny świat. Pełen niespodzianek, pełen nowości, pełen ...

Zrobiłem kolejne prawie 100 km. Zmierzchało już dość mocno i postanowiłem znaleźć miejscówkę na namiot. I kiedy pomyślałem, że należy skręcić w prawo, bo tam jest fajne miejsce być może, pękła mi piąta już szprycha w tylnym kole. Nie zdziwiłem się. Coś powiedział: bracie, czas się zatrzymać i znaleźć nocleg. Nie goń tak, po co się spieszyć. Zdążysz. Rower, mój najlepszy przyjaciel w tej i w wielu innych podróżach, powiedział mi w prost. Gościu, mam dość. Złaź ze mnie i dan odpocząć. Używasz mnie jak jakiegoś muła skrzyżowanego z koniem wyścigowym, a ja też muszę odpocząć. Czyżby miał on duszę? Po tym zdarzeniu, wierzę, że ma.

Podjechałem na boisko, a tam grupka młodzików siedzi i coś popija. Salam alejkum (pokój z wami). A popijali bimberek, którym i mnie poczęstowali. Oj dobry był nie powiem. Taki może nie za mocny na pierwszy posmak, ale jaki pyszny. Oczywiście nie wypiłem dużo, bo ani ja nie pijam już, ani oni go nie mieli więcej jak buteleczkę 200 ml. Ale powiedzieli mi, gdzie go robią. Robią w górach we wsi jakieś kilkanaście kilometrów od mojego noclegu. Uśmiechnąłem się do nich, jak zwykle i poszedłem rozbijać namiot. Ale na szczęście nie pozwolili mi tego zrobić i wskazali domek przy cmentarzu. Zaprowadzili mnie do niego. Widać było w nim ślady częstych "domówek". Podziękowałem grzecznie i zanurzyłem się w pieczarze. Ciepło, cicho i spokojnie. Szprychę założyłem nową w 20 minut i zasnąłem.

Dnia następnego udało mi się wreszcie zagiąć czasoprzestrzeń i po raz pierwszy a tej wycieczce wyruszyłem zanim minęło 2 godziny od pobudki. Cud niesamowity.








Znowu gnałem przez doliny pomiędzy pięknymi górami. Znowu mijałem wsie i miasteczka, gdzie ludzie się uśmiechają i pozdrawiają cię na każdym kroku. Znowu czułem się wolny i szczęśliwy, znowu mogłem zagłębić się w siebie i być ze sobą i tylko ze sobą. I znowu minął kolejny dzień i znowu trzeba było szukać miejsca na nocleg, na namiot i znowu ...

Tym razem rower milczał. Nic nie wskazywało na to co za chwilę nastąpi. Znowu robiło się szarawo i szybko zapadała ciemność. Miałem jakieś 15 minut na znalezienie miejsca do spania. I w tym momencie, kiedy pomyślałem, że czas już znaleźć miejscówkę, ktoś do mnie pomachał sprzed bramy wielkiego domu. Lasa, bo tak nazywał się właściciel, za prosił mnie na herbatkę, a skończyło się kolacją, prysznicem, noclegiem i wspaniałym śniadaniem. Problemem był tylko sposób w jaki mogliśmy się dogadać. Ale i z tej sytuacji znalazło się wyjście. Lasa poprosił swojego sąsiada Ahmeda, aby ten zaprosił swojego przyjaciela też Ahmeda, który znał angielski. I tak sprowadzili specjalnie dla mnie tłumacza.

Potem pojechaliśmy jeszcze do sklepu w medynie po jakiś kabelek do anteny, a przy okazji porozmawialiśmy o zwyczajach domowników, o tym, że kobiety głównie zajmują się domem, dziećmi, a mężczyźni pracują i muszą zarobić na utrzymanie gospodarstwa. O tym, że czarnorynkowy koszt wizy do Hiszpanii wynosi 6000 Euro. Tak, sześć tysięcy. Też mnie to zdziwiło. I o wielu innych sprawach. Wypytywali też o życie w Polsce, o zwykłe przyziemne sprawy. To jest normalne, że dla takich ludzi to my, turyści jesteśmy pewnego rodzaju oknem na świat. Oni, tak jak i my, są ciekawi świata i też chcą wiedzieć nie tylko z telewizji, co się dzieje i jaki my widzimy ten świat i ich świat też.

Oczywiście, przyszli "w odwiedziny" znajomi Lasy, co akurat jest normalne. Przyszli, żeby poznać nowego znajomego swojego kumpla. To jest normalne w tym światku i już mnie nie dziwi.

Wracając do podziału ról w gospodarstwie i w życiu, to zauważyłem podczas moich wędrówek po Maroku taką oto prawidłowość. Większość mężczyzn jest szczupła jak nie chuda. Mimo, że sporo jedzą i późno jedzą i palą i piją lukrowane herbatki (tak kilka, czasami i 10 kostek cukru wrzucają do jednego dzbanuszka napoju), są szczupli. Kobiety natomiast w większości są otyłe. I nie to, że lekka nadwaga, ale one są najzwyczajniej w świecie grube. Bywa tak, że ledwo się poruszają. Co nie wróży im zbyt zdrowej przyszłości. I o ie dziewczynki są piękne, szczupłe i zadbane, tak kobiety w wieku dojrzałym, są ... pretendentami do wszelakich chorób cywilizacyjnych. Co zresztą zauważyłem wchodząc kilka razy do aptek. Tabletki na nadciśnienie, choroby krążenia, cukrzycę są powystawiane na półkach, tak jak ciasteczka w sklepach z jedzeniem. Ciasteczka w każdej formie.

Mijając te małe wsie i miasteczka, napotykałem wszędzie tzw. cafe. Co to takiego? Ano miejsca, gdzie mężczyźni przesiadują cały czas i piją herbatki, jedzą posiłki, palą papierosy w ilościach wielkich i oczywiście oglądają wszystkie możliwe mecze piłki nożnej. Nie ma nic innego w telewizji w takiej cafe, jak mecz piłki nożnej. Wszędzie i o każdej porze, jak tylko jest cafe otwarta, leci w TV meczyk. Ciekawe jest to, że cafe być musi nawet w największej dziurze. Czasami jest ukryte, nie przy głównej ulicy, tylko gdzieś w medynie, za meczetem, czy w jego pobliżu. Ale zawsze być musi. Czasami jest ich kilka, czasami kilkanaście. Zależy to od wielkości miejscowości rzecz jasna. A co najciekawsze, to wszystkie one są zapełnione mężczyznami. Czasami siedzi 2, czasami 5 ale zawsze ktoś jest i piej herbatkę, je coś, albo pali papierosa i ogląda mecz. Lub zwyczajnie patrzy się w ekran telewizora.






Raczej o czymś takim jak nasz sanepid, to można tu zapomnieć. Ale jeszcze ani razu nie miałem problemów trawiennych, po odwiedzeniu takiej cafe i posileniu się tym, co inni jedzą.

Co do płatności za wszelkiego rodzaju zakupy, w tym także te w cafe, zawsze wyciągam z kieszenie garść monet i podaję je na otwartej dłoni. "Kasjer" wybiera tylko taką ilość, jaka dokładnie należy się za dany towar. Po wybraniu monet, pokazuje ile wybrał, jakby chciał powiedzieć: Bracie, tyle to kosztuje, a ja nie zamierzam cie oszukać. I tak, jak czasami wchodzę za ladę i sam się obsługuję, wybierając towar, który jest mi potrzebny, tak też robię z zapłatą za towar. Wiem, że nikt mnie tu nie oszuka. No chyba, że jestem w miejscowości dla turystów i kupuję jakiś turystyczny towar. Wtedy ceny idą od razu wiele razy w górę. No ale handel jest tylko grą i dobrą zabawą, chociaż dla tych, co z niego żyją, jest najzwyczajniej w świecie pracą. Jak się uda złapać frajera, to więcej zarobię. Słuszne myślenie. Ale tak jest tylko tam, gdzie są turyście w dużej ilości.

Rano po śniadaniu, pysznym poniekąd, zaginają ponownie czasoprzestrzeń, pojechałem w kierunku miasteczka Zagora. Nie wiem co to oznacza po tutejszemu, ale po polsku, to że jest się za górą. I tak rzeczywiście jest. Piękne góry wokoło. Ma się wrażenie, jakby człowiek znalazł się w innym wymiarze. Palmy, hotele i góry. Stad już tylko krok na pustynię i na wycieczki na wielbłądach, dżipami czy czym sobie człowiek wymyśli. Ot, taki marokańskie zakopane, tylko zamiast śniegu, to jest niedaleko sporo piasku.

Byłem tu kilka lat temu, więc nie ulegałem już takiemu zachwytowi. Ale żeby dojechać do Zagory, musiałem pokonać 80 kilometrów podjazdów i ... przerażającego wiatru wiejącego jak nigdzie indziej, oczywiście w pysk. Bo wiadomo, że rowerzyście wiatr zawsze wieje w mordę, Ale takiego kurewskiego wiatru nigdy nie przeżyłem. To nie był wiatr, to były podmuchy o prędkości niejednokrotnie ponad 50 km/godz. Na prognozie pogody widniały dwa tropikalne sztormy. Jeden gdzieś nad Madagaskarem, a drugi pomiędzy Australią a Afryką. Nie wiem jak udało mi się pokonać ten dystans, ale się udało. Niestety, przypłaciłem to osłabieniem i lekkim katarem, ale dojechałem. Na zakończenie dnia, miałem piękny zachód Słońca nad Zagorą, tak jakby całe miasto płonęło piekielnym ogniem, a palmy robiły za pochodnie diabła. Ten widok uzmysłowił mi, po co tu przyjechałem oprócz wali z samym sobą.

Teraz odpoczywam w miłym hoteliku i próbuję wrócić do siebie. Mam jeszcze do pokonania jakieś 500 km. A w nogach jest już 2000.