Maroko 2017b część 11

Ahoj Czytaczki i Czytacze,

Wyruszyłem w kierunku przełęczy Tizi n'Test z wysokości jakieś 500 m n.p.m., a sama przełęcz ma 2092 m.n.p.m, chociaż na samej już górze, hotele mają napisane 2100 m.

Wyruszyłem z samego rana i jechałem raz do góry, a raz na dół. Teren dość pofałdowany i nie dawał wytchnienia.

Po drodze w w kafejce spotkałem dwójkę Polaków, będących na objazdówce samochodem po Maroku. Wypiliśmy kawę i pogadaliśmy. Co mnie zniesmaczyło? Ano to, że wyrażali się z ironią o oddających cześć Allahowi Marokańczyków, oraz o nawoływaniu mułazina do modlitwy. Nigdy nie podobało mi się takie i podobne podejście do wyznawców jakiejkolwiek religii. Religia jest sprawą prywatną każdego człowieka. Polska jest w większości krajem katolickim i chcielibyśmy, aby goście szanowali naszą kulturę i nasze zwyczaje. My chcemy, ale czy my szanujemy innych? To spotkanie dało mi sporo do myślenia. Skąd w nas, skądinąd społeczeństwie wychowanym w wartościach chrześcijańskich, bierze się tyle pogardy i tyle agresji wobec innych kultur, innych zwyczajów, innego koloru skóry? I nie mam na myśli sytuacji politycznej w Polsce. Bo nasza, Polaków natura, jest niezależna od tego kto nami "rządzi".

Doczłapałem się do krzyżówki Agadir - Marrakesz. W lewo jakieś 120 km, w prawo 1600 metrów w pionie do góry. Ale przecież po to tędy jadę, po to, aby przelecieć przez tę przełęcz. Po to, zmierzyć się ze sobą, po to, aby nie ulec słabościom, po to wreszcie aby jechać przed siebie, aby być wolnym człowiekiem, wolnym i szczęśliwym. Tak, po to tu jestem i po to tędy jadę. Mogłem wygrać milion innych miejsc, innych dróg, a wybrałem tę jedyną.

Droga faktycznie cudowna, zachwycająca swoimi widokami i nie taka trudna. Bywały trudniejsze przełęcze. A ta? Ta przez to, że najzwyczajniej w świecie jest na mojej drodze, bo przecież sam ją wybrałem, nie jest trudna, ale jest piękna.

Wyliczyłem, że na samej przełęczy powinienem być w okolicach 18. godziny zbytnio się nie śpiesząc. Po drodze mijałem rowerzystów, a w zasadzie to oni mnie mijali, piechurów i pędzących motorkowców.

Najbardziej zafrapował mnie jeden piechur. Szedł do Marrakeszu z Gulmim. Gulmim to miasto - brama na Saharę. Byłem tam w drodze do Dakhli. No kawał drogi miał gość do przejścia jeszcze. Ale szedł, szedł i szedł. Co ja przystanąłem to on mnie nieco doganiał. Poczęstowałem go wodą i mandarynkami, które sam dostałem od rolników przed skrętem w prawo na przełęcz. Wodą zawsze się dzielę z każdym. Nawet jak mam jej nie za dużo. Woda daje życie. A poza tym, jeszcze się nie zdarzyło, aby ktoś nie podzielił się nią ze mną. On szedł, ja jechałem, ja jechałem, on szedł. Dzięki temu, że on szedł, a ja jechałem, mogłem mu zrobić kilka zdjęć. A on dalej szedł. Gdzie jest teraz? Nie mam pojęcia. Z dużym prawdopodobieństwem, gdzieś przed Marrakeszem. On szedł, a ja jechałem. Dojechałem do przełęczy dokładnie o tej godzinie, a której sobie wyliczyłem, że dojadę.

Wcześniej, tuż przed przełęczą, spotkałem małżeństwo Niemców w starym, przerobionym na kampera autobusie typu nasz ogórek. Kilka zamienionych słów i narzekanie ich na stan drogi. Ech, to nie są Niemcy tylko Maroko. Drogi i tak są genialne, a ta jest też remontowana. No ale ponarzekać musieli. Może narzekactwo, nie jest tylko nasza cechą narodową? A może ci państwo byli z dawnego DDRu? Nie pytałem, pojechali.

Miejscówka na przełęczy miła i sympatyczna. Czysta i zadbana. Potargowaliśmy się. Utargowałem 1/3 ceny. Kolacja i śniadanie w cenie. Kolacja wypas, śniadanie zresztą też. Kominek i bijące z niego ciepła i magiczny płomień. Kocham takie miejsca, kocham kominki a szczególnie te otwarte.


Widok z samego rana zapierający dech. Nade mną światło słoneczka zza chmurek, a pode mną biały dywanik z chmur. Czułem się tak, jakbym był w niebie. Tylko brakowało mi jakiegoś anioła.

Pojechałem dalej, w dół w kierunku Marrakeszu. Zjazd jeszcze piękniejszy niż podjazd. Piękne wioski przylepione do zboczy, sklepiki, meczety, wszystko w kolorach skał otaczających. I tylko suszące się kolorowe ubrania i koce dodawały odmienności i wskazywały, że tam ktoś mieszka. W jednej z wiosek, zakupiłem podkowę dla osła. Podczas mojej pierwszej wizyty w Maroku w 2008 roku, byłem zafascynowany pracą kowala podkuwającego osła. A teraz mam oślą podkowę.

Po 2 dniach dojechałem do Marrakeszu. Hm, pamiętam to miasto sprzed 10 lat, kiedy razem z Grześkiem Karnasem byliśmy tam także na rowerach.

Plac Dżamal Elfna niczym się nie różnił niż 10 lat temu, no może zwielokrotnioną ilością turystów. Huk, zgiełk i katastrofa. Nie da się tam wysiedzieć dłużej niż kilka chwil. Nawet kawa nie smakuje tam dobrze. Miliardy ludzi, kakofonia dźwięków, no ale przecież to Marrakesz. To modne teraz miejsce dla wszelkiej maści turystów. Hotelików, riadów, hosteli na każdym kroku miliony. Do wyboru i koloru. Ceny też są znośne. Ja znalazłem nocleg w cichym zaułku, z dala od huku i gwaru. Cisza, czysto i spokój. Tego mi trzeba było. W Marrakeszu spotkałem się z kolegą i jego żoną z Przemyśla. W Przemyślu, mimo, że każdego dnia przechodziłem koło jego zakładu, nie mogliśmy się spotkać, a w Marrakeszu, a i owszem.

W sobotę wędrówka po medynie i po słynnych ogrodach. Ogrody mnie nie powaliły i szczerze mówiąc nie są warte, wg mnie, ceny za wejście. Medyna? Hm, nieco inna, jak ta, którą zapamiętałem sprzed 10 lat. Może dlatego, że teraz miałem za mało czasu, żeby się w niej zgubić i buszować po jej zakamarkach bez jakiegoś celu. Buszować i podglądać.

Marrakesz może jest i fajny i pewnie jeszcze tam przyjadę, ale zapewne z celem właśnie buszowania, właśnie zapuszczenia się w czeluść wąskich uliczek. Ale jest coś, co jest fatalne teraz, a będzie katastrofalne za kilka lat. Kiedyś, wąskie uliczki były wypełnione oślimi wózeczkami, większość rzeczy było transportowanych właśnie przy pomocy osłów. Teraz to motorki, riksze i inne wynalazki. Spaliny i huk jest wręcz niewyobrażalny. My, turyści jesteśmy tam na chwilę i możemy to jakoś przeżyć, Oni, tam pracują i siedzą w tych spalinach po kilkanaście godzin dziennie. Koszmar i katastrofa. Ale może pójdą niebawem po rozum do głowy.

Po 2 dniach wyjechałem z Marrakeszu w stronę gór. Jakże się ucieszyła moja głowa, kiedy przez ponad 100 km, po lewej stronie towarzyszyły mi ośnieżone szczyty Atlasu, a wiatr delikatnie muskał moje plecy. Tak dojechałem do następnej mieścimy. Niedziela wieczór i oczywiście targ wieczorny. To tu uwielbiam. Byłem tam jedynym turystą. Ślimaki i rosołek na nich, gotowany bób, smażona ryba, śliwki, jabłka, kawa i mecz w kawiarni. I jęk zawodu, kiedy Maroko nie wykorzystało rzutu karnego w meczy z Senegalem. Wszyscy mężczyżni siedzieli po kawiarniach, a ci co nie mogli tam siedzieć, oglądali mecz na smartfonach lub w innych miejscach.

Rano ruszam dalej.