Aktualne nasze wyjazdy i pokazy slajdów

Etiopia w Sady Cafe

Cze,

Ledwo com wrci z marokaskiej, wspaniaej przygody, a ju poczyniem kroki w kierunku swojego niezmordowanego ekshibicjonizmu.

PRZEMYLne PODRE emigruj na kilka dni z Przemyla do Warszawy, abym mg pokaza i nawet nieco opowiedzie o swojej dawnej przygodzie, tym razem bez roweru, w Etiopii.

Podr odbyem w miym towarzystwie Alicji "z Krainy czarw" Winiewskiej.

O caoci moesz poczyta na Twarzo-Ksice pod adresem fejsbukowym.



Pokazik odbdzie si 7 lutego w Warszawie w Sady Cafe

ul. Popieuszki 11 rg Krasiskiego

Dobre piwko, ciacho i kilka jeszcze innych smakoykw moe umili moje gawdzenie :)

Serdecznie zapraszam w swoim imieniu i przemiej Wacicielki lokalu.


null

Maroko 2017b część 5 - koniec etapu Sahara Zachodnia

Cześć Czytacze i Podglądacze w Pierwszy Dzień Świąt Bożego Narodzenia,




Na wstępie, Zdrowych i Spokojnych Świąt Wam życzę w tej marokańskiej, a w zasadzie saharyjskiej ziemi. Wczoraj udało mi się dojechać do zachodnio - saharyjskiego etapu mojej podróży po marokańskiej ziemi. Dotarłem do Dakhli. Dalej jest tylko morze. Mógłbym co prawda ruszyć stronę Mauretanii, ale tę część zostawię sobie na inny czas. Dość Niczego.








Dakhla to Mekka wszelkiej maści surferów, tych z latawcami i tych z żaglami. Są tu świetne wiatry i zawsze dobra pogoda. Ale dla mnie to nie surfing, a chęć bycia ze sobą, mnie tu przygnały. Wyznaczony cel został osiągnięty po ponad 2 tygodniach i w Boże Narodzenie znalazłem się w miejscu, gdzie śladu tych świąt nie ma, choć jest katolicka świątynia wybudowana przez Hiszpanów i zarządzana przez księży misjonarzy ze zgromadzenia ojców Oblatów. Ale i w środku nie widziałem żadnej informacji o Świętach. Przejechałem 1250 km na południe od Agadiru. Przejechałem głównie sam ze sobą. Łatwo nie było. Zwłaszcza, że akurat te Święta zawsze były dla mnie Świętami Rodzinnymi. Kiedyś, w 2004 roku, wyjechałem w nie na Nową Zelandię. Niby daleko, a bliżej niż teraz. Może dlatego, że byłem wtedy w innym miejscu swojego życia. Czy lepszym? nie wiem, ale z pewnością w innym niż jestem teraz. Przede mną jeszcze ok. 3 tyg włóczęgi po Maroku. Patrzę na mapę i szukam celu, bo cel jest w życiu ważny. Bez niego, życie traci sens, więc trzeba ten cel szybko znaleźć i tym samym znaleźć siebie.







Jak wyglądała droga do Dakhli? Wiodła przez wielkie NIC. Czyli coś, co po jednej stronie było wielką balią słonej i zimnej wody, a z drugiej, wielką piaskownicą poprzecinaną wąwozami suchych rzek, pagórkami, czasami resztkami nowych lub starych budynków, wieloma posterunkami policji i olbrzymią ilością tirów i autobusów. I o ile kierowcy tirów jeździli całkiem poprawnie w oczach rowerzysty, tak kierowców autobusów, gdybym miał taką żołędziówkę, jak miał Rumcajs z Jiczyna, wystrzelał bym tymi żołędziami wszystkich, bez wyjątku. A w szczególności kierowców autobusów CTM (państwowego marokańskiego przewoźnika). Najgorsze były spotkania z jadącymi z dużą prędkością z naprzeciwka. Wiatr w mordu, a ci jeszcze dokładali 80 km/h falą powietrzną. Dobrze, że mam na tyle skoordynowane ruchy i doświadczenie w takich spotkaniach, że dawałem radę. Było kilka sytuacji, gdzie byłbym albo wypadł na pobocze, albo na przeciwny pas. Ale jakoś się udało i jestem cały i zdrowy. A teraz w tle leci nawoływanie muazina do modlitwy (Allah Akbar ...).








Całe wybrzeże saharyjskiego Atlantyku jest w zasadzie dość gęsto zamieszkałe. Mieszkają tam rybacy. Jedni w domkach i "ogródkiem" i psami, a inni w wioskach wypowy na te okoliczności przyrody, czyli wielkich polach namiotowych. Z namiotami typu z czego się da, to są. Czasami są to namioty typu nasze dawne harcerskie plandeki, a czasami z folii, worków, kartonów i czego tam jeszcze. Nie jest to ani szczyt marzeń ani szczyt techniki. Z naszej perspektywy, to szczyt biedy. I pewnie tak jest. Ale, że nie znam szczegółów, wiec wypowiadać się nie będę.







Wiem, że obok tych wiosek, zazwyczaj są przetwórnie, lub coś na ich kształt, ryb lub innych morskich smakołyków. Pomimo tej, wydawać by się mogło, biedy, ludzie są uśmiechnięci i uśmiechają się do Ciebie. Wystarczy, że ich pozdrowisz, popatrzysz w ich stronę, pomachasz ręką. Tak niewiele potrzeba, aby być pogodnym. A u nas co? Nas zabija smutek, zazdrość, szarość, wieczne narzekanie na wszystko i wszystkich. Może jest to kwestia klimatu, ale chyba nie. To zależy od ludzi, od ich patrzenia w przyszłość, od tego, czy chcemy mieć czy chcemy być. Ja kiedyś chciałem mieć, teraz, dzięki mojej własnej rewolucji, chcę być. i Tego życzę wszystkim moim Czytaczom i Podglądaczom, a w szczególności kilku moim znajomym.
Szczególne życzenia na Nowej Drodze Życia (podobnej nieco do mojej), składam mojej dawnej znajomej ze studiów, która wiem, że jest Czytaczem. Laska, trzym się, powtarzaj: BĘDZIE DOBRZE. Jak odpowiednio zakoduje się najdoskonalszy komputer, jakim jest nasz mózg, to tak będzie. Tak kiedyś mi przykazał ojciec mojej bardzo dobrej koleżanki, sąsiadki, - lekarz psychiatra. I to się sprawdza!





Zakończenie nr 2 Maroko 2017a - Maroko 2017b część 0

Zakończenie nr 2 Maroko 2017a i nie tylko ...

Póki co, jeździłem po znanych mi ścieżkach, od Agadiru, przez Sidi Ifni do Gulmim. Ścieżki o tyle znane, że przemierzyłem je w 2015 roku, jadąc w okolice miejscowości Zagora. To było w marcu, czyli kilka miesięcy przed moją, tak wtedy uważałem, katastrofą życiową. Kiedy zostałem po chamsku zmuszony do odejścia z firmy, której poświęciłem całe moje zawodowe życie. Do tej pory nie wiem dlaczego, chociaż się domyślam. To był początek moich rewolucyjnych zmian w całym życiu, które trwają do dziś i mam nadzieje, że ten wyjazd da mi siłę na zupełnie nowe otwarcie. Nie chcę się zbyt szczegółowo rozwodzić nad tym co się stało, w każdym razie, życie moje wg ówczesnego mojego podejścia do świata, zawaliło się w kilka chwil. Wylądowałem także w szpitalu, gdzie diagnoza dla mnie brzmiała jak wyrok. Nie, nie był to rak. Była to zwykła cukrzyca typ 2. A, że doskonale wiem z czym się to je, to w pierwszej chwili dostałem taką wielką maczugą w głowę..

Na szczęście, większość chorób, jakie nas spotyka, są w naszej głowie. Więc zabrałem się za siebie i zacząłem od szukania informacji o tym schorzeniu, nie w naukowych kręgach, dodam oficjalnych, tylko można rzec, wśród "szamanów". I tak oto, dotarłem do miejsca, gdzie jestem w dniu dzisiejszym. Z chorobą jakoś się mam nadzieję uporałem, choć walka trwa cały czas, ale jest b. dobrze. Wszystkie wyniki są tak, jakbym był zdrowy. I w zasadzie tak też się czuję, choć głowa mówi: uważaj, żebyś nie wpadł w dawny świat. Więc uważam.

Wkręciłem się w bieganie na maksa, schudłem ponad 40 kg. Rower owszem, ale jest to moja odskocznia i pasja związana z podróżowaniem. Bo nie wyobrażam sobie robienia tego inaczej, niż na rowerze.

Z dzisiejszej perspektywy, mogę jedynie podziękować tym, którzy w najbardziej podły sposób, potraktowali mnie w poprzednim moim życiu. Podziękować, ale nie zapomnieć. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie ich postępowanie dziś byłbym zupełnie gdzie indziej i zapewne byłbym wrakiem człowieka, psychicznie i fizycznie.

A tak, jest dobrze. Jestem w zasadzie zdrowy, biegam po 10-20-30 km dziennie, jeżdżę na wyprawy rowerowe i żyję zupełnie inaczej, niż jeszcze 2,5 roku temu (poniższe fotki to obrazują). Więc raz jeszcze chciałem serdecznie podziękować, szczególnie, panu PS. i pani M. za to, że zachowali się wtedy wobec mnie, jak najgorsze kurwy i ostanie ścierwa fałszywe. To oni uratowali mi życie.





A teraz do rzeczy i do dalszych losów. Wróciłem do Przemyśla, gdzie zacząłem pracować w firmie zajmującej się budownictwem na Ukrainie. Popracowałem tam półtora roku. Tak, już w niej nie pracuję. Niestety z szefem umawialiśmy się na jedno, a wyszło najzyklejsze przemyskie podejście do człowieka. Czyli: ciesz się tym co masz, i stul pysk. Podczas mojej poprzedniej "misji" Maroko 2017a, grzecznie zapytałem się w księgowości, czy są jakieś problemy z wypłatą, bo od ponad 10 dni nie ma żadnego przelewy. Na to dostałem jeszcze na urlopie będąc informację, że zachowałem się jak ostatni kutas i że kadry mają mi przygotować papiery do zwolnienia. Więc zwolniłem się sam. To była moja kolejna lekcja. Najbardziej zabolało to, że moim szefem, był mąż osoby z bliskiej rodziny, i że zaufałem i jej i jemu. Dostałem kolejną lekcję "szacunku" do ludzi i uczciwości i honoru. Za co serdecznie panu P. i pani P. dziękuję. Mam nadzieję, że i z tej lekcji, wyciągnę dobre dla siebie wnioski.

No ale przecież wyprawa Maroko 2017b. Zbliżamy się do niej cały czas. Ale, żeby przybliżyć jej kontekst, musiałem/muszę poprzedzić opisem ostatnich kilku lat mojego życia. I tak, nie jest to pełny wywód, bo z różnych względów, nie mogę go tu publicznie ogłaszać.

W kwietniu br. pojechałem, hm, pojechaliśmy do Maroka z Agatą. Z Agatą znamy się od już ponad 6 lat. Pojechaliśmy, aby sprawdzić, czy nadajemy na podobnych falach i czy możemy zacząć życie wspólnie ze sobą.

Łatwo nie było, dwie osoby o bardzo mocnych osobowościach, z olbrzymim plecakiem nierozwiązanych problemów, niezidentyfikowanych kompleksów i nierozpoznanych mechanizmów psychicznych, jakie zostały wprogramowane w nasze głowy przez ponad 45 lat życia.

Po powrocie, zamieszkaliśmy razem w Przemyślu. Błędem z naszej, mojej strony było zamieszkanie w moim rodzinnym domu. Dlaczego tam zamieszkaliśmy? Planowaliśmy wspólną wyprawę na min. rok, rowerem po świecie. Rok, a może i dłużej. Moim kompleksem było to, że z racji braku stałej pracy, z racji braku w ogóle pracy, musiałem, a w zasadzie chciałem, uzyskać środki na wyjazd ze sprzedaży moich, gromadzonych przez wiele lat, dóbr. I nawet zacząłem to robić. Z czego poniekąd jest finansowane Maroko 2017b. I dlaetego zamieszkaliśmy w moim domu rodzinnym w Przemyślu.

Planowaliśmy także zamieszkać na "zadupiu" w Beskidzie Niskim, bez światła i innych wygód, ale do tego nie doszło ze względu na chęć właściciela do szukania ciecia a nie do wynajmu na uczciwych warunkach. Szukaliśmy jeszcze w innych miejscach, ale nic z tego nie wyszło.

W końcu coś w nas chyba pękło i rozstaliśmy się. Każde poszło w swoją stronę i każde coś w czasie tej podróży, Agata podróżuje w głąb siebie, ja teraz po Maroku, ale w zasadzie głównie także w głąb siebie, musi ze sobą załatwić. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale na dzień dzisiejszy jestem jak najbardziej w punkcie zero swojego życia. Co to oznacza? Ano jedynie to, że wszystko teraz jest możliwe i wszystkie opcje są brane pod uwagę. Nie zamykam się a żadną z nich. Punkt ZERO dla mnie jest początkiem czegoś nowego. Czegoś, co pchnie mnie w nowym, nieznanym, lub trochę znanym, kierunku. I stąd moja druga w tym roku wyprawa do Maroka. Celowo wybrałem taki, a nie inny okres wyjazdu. Święta Bożego Narodzenia - rodzinne u mnie jak najbardziej, Nowy Rok, bycie sam ze sobą. Łatwo nie jest. Wiedziałem, że łatwo nie będzie, ale nie domyślałem się, że aż tak może być trudno. I nie chodzi o fizis, choć tu też łatwo nie jest, tylko o walkę sam ze sobą. W głowie kłębi się milion myśli. Czasami aż w niej huczy. Ale tak sobie wybrałem i muszę przez to przejść. Mam nadzieję, że wrócę silniejszy i będę mógł rozpocząć nowy, lepszy etap swojego życia.

Przejdę za chwilę do właściwego opisu mojej drogi po marokańskiej ziemi. Musiałem napisać ten przydługi może wstęp, ale po nim, ja czuję się znacznie lepiej, a Wy, Drodzy Czytacze, będziecie mogli nieco bardziej zrozumieć mnie i moje podejście do tego, co mnie otacza. Nie będzie już opisów podlanych marcolą, gdyż tej już w zasadzie nie piję. Będą opisy otaczającej mnie rzeczywistości, widziane oczami, mam nadzieje, nowego Baltazara.

Po co pojechałem ponownie do Maroka? Właśnie po to, aby spróbować znaleźć odpowiedzi na nurtując mnie pytania, spróbować dojść do jakichś wniosków i może podjąć sensowne kroki, aby dalsza część mojego życia, była "zdrowsza" pod każdym względem. Czy to mi się uda, tego nie wiem, ale spróbować warto. Życie ma się jedno, bez względu na to, w co kto wierzy.